środa, 7 listopada 2012

To jeden z tych gorszych dni...

na pewno to znacie. Jednak opowiem Wam moją historię, aby  to zobrazować. Na pierwszym roku studiów, kiedy to jeszcze nie znałam nikogo trafiłam na zajęcia fitnessu z dwiema dziewczynami z mojego roku. Jako, że nikogo innego nie znałam, zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać. Spędzać razem więcej czasu, aż w końcu zostałyśmy bardzo dobrymi koleżankami. W te wakacje (na przełomie drugiego/trzeciego roku) przestały z sobą rozmawiać. A to jedna miała się odezwać w wakacje, nie odezwała się, za co ta pierwsza miała jej za złe i pisała do mnie tylko, że tamta się nie odzywa. W ogóle nie wiadomo co u niej. Mi to tak naprawdę było to dość obojętne. Nie byłyśmy aż tak zżyte, dlatego też wiedziałam, że po wakacjach wszystko wróci do normy. Wróciło pomiędzy mną i dziewczynami, jednak nie pomiędzy nimi dwiema. W pierwszym tygodniu po naszym powrocie na uczelnię jedna obraziła się na drugą, że nie się nie odzywała przez cały ten czas. Nie rozmawiały ze sobą i ta obrażona zaczęła naśmiewać się z zachowań tej drugiej z naszymi innymi koleżankami. Nie pasowało mi to, ponieważ chciałam wrócić do tego co było przed wakacjami. Nie chciałam być już po jednej lub po drugiej stronie. Dlatego porozmawiałam z jedną i z drugą, co sądzą o tej sytuacji. Ta obrażona, nie chciała mieć nic wspólnego z tą drugą, więc postanowiłam interweniować. Opowiedziałam tej drugiej, jak wygląda sytuacja i napisałam do tej pierwszej, że powiedziałam tej drugiej w czym rzecz. Ustaliły, że spotkają się po wszystkich świętych i porozmawiają szczerzę. Wtedy kamień spadł mi z serca. Miały okazję rozmawiać wczoraj. Zaraz po ich rozmowie dostałam od obu smsy, że nie chcą mieć ze sobą nic wspólnego. Nie powinny wcale zgadzać się na to spotkanie. Kiedy zapytałam co takiego się wydarzyło - nie chciały o tym rozmawiać. Pomyślałam, że mi się nie udało. Dzisiaj na uczelni podeszłam do jednej i zapytałam czy było aż tak źle. Ta odpowiedziała mi, że wszystko sobie wyjaśniły i jest w porządku, chciały tylko sobie zażartować tymi smsami. Teraz ja uważam, że to ze mnie zażartowało się najbardziej. Powiedziałam, że jestem zła. Kiedy wychodziłam z uczelni, spotkałam drugą z nich i powiedziałam jak się czuję. Wtedy ona napadła na mnie, że nie powinnam tej drugiej nic mówić, że nie powinnam tak postępować, bo tamta teraz popsuła sobie relacje z koleżanką, która wcześniej naśmiewała się z resztą dziewczyn. Zrobiło mi się przykro i powiedziałam im, że chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle. To ja jestem teraz tą najgorszą. Nigdy więcej nie będę próbować nikogo godzić. Wyszłam na tym najgorzej i strasznie się z tym wszystkim czuję. Nie wiem, czy będę potrafiła jeszcze komfortowo czuć się w ich towarzystwie. Już nie wiem, komu co mogę powiedzieć. Moje zaufanie do ludzi całkowicie się zmieniło. Nie ufam już ludziom... 
Potrzebuję zbyt dużo snu, alkoholu i słodyczy. Jest ktoś w stanie mi to zapewnić? 

niedziela, 7 października 2012

Cytrusowe muśnięcie dłońmi

Chciałam znów Wam napisać jak bardzo uwielbiam jesień, ale chyba byłabym zbyt monotematyczna, więc przyszedł czas na poważy temat, jakim jest miłość...

Zdradzę Wam małą tajemnicę odnośnie mojej osoby. W całym moim życiu nigdy nie byłam zakochana. (wspomniałam już, że mam 21 lat?) Właściwie nie byłam zakochana w drugiej osobie, sprostowując. Jestem bardzo kochliwą osobą, ponieważ zapadam po uszy w książkach, muzyce i filmach (najnowsza, bo wczorajsza miłość to 'nowhere boy'). Jednak jeszcze nie miałam okazji zakochać się w drugim człowieku. Wydaje mi się, gdybym spotkała tego jedynego, wiedziałabym to od razu. Od pierwszego wejrzenia. Ze mną jednak jest jeden problem. Jak się zakochać, kiedy wychodzi się z domu tylko na uczelnię, czy do sklepu? Nie lubię imprez. Z resztą wątpię czy chciałabym być z kimś kto lubi głośną muzykę przypominającą tłuczone garnki. Chyba jestem jakaś staromodna, ale ja chciałabym spotkać mężczyznę w tramwaju, albo w sklepiku z warzywami po drugiej stronie ulicy. Liczę na spotkanie jak z książki. Przypadkowa wymiana spojrzeń, delikatne potrącenie, czy dotknięcie dłońmi przy wybieraniu cytrusów. Jestem chyba jakimś wymierającym gatunkiem i wierzę w takie rzeczy. Niestety. 

Czeka mnie smutna przyszłość w pojedynkę. Nawet kotów nie będę mogła mieć, bo jestem uczulona na ich sierść. Zakopię się książkami i nadal będę utożsamiać się z bohaterami, płakać na bajkach Disneya. Taką wróżę sobie przyszłość. Niebyt kolorowa, ale spokojna. Zostanie mi pewnie jeszcze kilka litrów łez do wylania na beznadziejność mojej sytuacji. A może znajdę sobie jakiegoś pana uroczego, który także liczy na romantyczne spotkanie wśród włoszczyzny ;)

poniedziałek, 3 września 2012

Parapet.

(dzisiejszy post pisany był wczoraj około 23.11, gdy leżąc w łóżku w słuchawkach zaczęła rozbrzmiewać piosenka "siódmy rok" z repertuaru Andrzeja Zauchy, a w wykonaniu Kuby Badacha. Co ja zrobię, że ta piosenka tak wenotwórczo na mnie działa?)

Czy macie takie miejsce, gdzie możecie się ukryć gdy jest źle? Mnie zawsze marzył się ogromny parapet na którym zmieściłabym moje szanowne dupsko i może jeszcze tuzin poduszek, abym mogła patrzeć w zwolnionym tempie, przy parującym napoju, na życie gnające za oknem. Na zabieganych mieszkańców załatwiających swoje sprawy, czasem błahe jak ochota na czekoladę, a czasami tak poważne, jak zapłacenie zaległego rachunku lub odebranie dzieci ze szkoły. Lubię obserwować innych. Nie chcę wyjść tu na jakiegoś prześladowce, ale lubię przyglądać się ludziom będąc na spacerze, czy na zajęciach w supermarkecie. Uśmiecham się do siebie  na widok roześmianych dzieciaków, czy pary trzymającej się za ręce, pomimo tego, że mają już skończone siedemdziesiąt lat. Cudowne widoki. Tylko podziwiać i marzyć o tym, że coś tak wyjątkowego przydarzy się kiedyś nam.


Chciałabym znaleźć się już w poznańskim mieszkaniu.(tak, chcę już tam być, a nie jechać, bo przeraża mnie waga mojej walizki i wniesienie jej na czwarte piętro). Posiedzieć sobie z kubkiem herbaty, niestety nie parapecie, a na balkonie i popatrzeć na poranny gwar  uliczny, gdy ja będę miała wolny poranek, lub wieczorem poprzyglądać się gwiazdom, które pięknie uzupełniają pustą przestrzeń nad moim blokiem, co jakiś czas ich wspaniałą monotonię przerywaną samolotem, który powróci z dalekiej podróży na ławicę. Tam dopiero muszą rozgrywać się piękne obrazy, gdy odbiera się ukochaną, stęsknioną osobę z lotniska po długiej nieobecności...

Ahh. Uciekam pod pierzynę, aby przyspieszyć wyjazd do rozkopanego Poznania i odgonić od siebie myśli i wątpliwości, które coraz częściej pojawiają się w mojej głowie. Zbyt dużo czasu spędziłam z rodzicami i chyba zbyt dużo doszukuję się pomiędzy wierszami. Oby...
Dobrej nocy, kolorowych snów w Waszym zaciszu.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Żałuję, że nie pada...

... zawsze łatwiej złapać wenę, gdy w metalowy parapet zaczynają delikatnie stukać krople deszczu, zwiastujące moje stukanie w klawiaturę dopasowane do ich częstotliwości. Stęskniłam się za moim papierowym pamiętnikiem. Od dawna leży zakurzony na półce należącej do mnie w poznańskim mieszkaniu, zapewne obrażony, że wcale do niego nie zaglądam. Musi mi wybaczyć jest zbyt ciężki, żeby wozić go ze sobą za każdym razem do rodzinnego domu, choć tak naprawdę lepiej byłoby mu tutaj. Mam więcej czasu i możliwości do przemyśleń. Dlatego dzisiaj na popołudniowym spacerze do miejskiego parku z moją poczciwą psiną wpadłam na pomysł publikowania tutaj, a żeby mój dobry przyjaciel - Pamiętnik się nie obraził w miarę możliwości wklejać te teksty do niego. Nie liczę na to, że ktokolwiek będzie czytał moje wpisy tutaj. Zajęłam ten kawałek sieci całkiem samolubnie, jeśli jednak ktoś już tutaj wpadł i zagościł na tyle długo, aby przeczytać ten tekst - Witam serdecznie i zapraszam do zostawienia po sobie śladu. Będzie mi bardzo miło, jeśli przypadkiem zostaniesz tu na dłużej.


Będąc na wspomnianym spacerze z moją psinką usilnie próbowałam znaleźć jakieś oznaki jesieni. Niestety nie zaobserwowałam nic poza koniecznością noszenia szalika, którego ze sobą nie miałam i dlatego zmarzły (może to za duże słowo) mi obojczyki. Powolnym chodzeniem alejkami chciałam chyba wymusić na drzewach, aby spadły z nich liście, lub choć na chwilę otulił mnie zapach butwiejących liści - na to drugie jednak jeszcze dużo za wcześnie. Uwielbiam jesień. Nie tylko za ten jakże urokliwy zapach, ale również za plecione swetry i kolory, które na przełomie września i października nabierają szlachetności, której brakuje innym porom roku, za ciepłe napoje, które mogę spijać hektolitrami - szczególnie za wszelkiego rodzaju herbaty, za wypieki, które praktykuję zdecydowanie częściej w tym okresie, aby wypełniać wszystkie pomieszczenia korzennym zapachem, za spacery, szczególnie w deszczu i niezależnie czy z parasolem czy bez, za początek roku akademickiego i spotkania z wspaniałymi ludzi, których zostawiłam na uczelni, za listopad i atmosferę oraz zapachy wypalanych zniczy na Wszystkich Świętych. Mogłabym tak jeszcze wymieniać, gdyby nie to, że jestem raczej rannym ptaszkiem, niż nocnym markiem. Zatem życzę dobrej nocy i korzystania z ostatnich tygodni lata, lub cierpliwego oczekiwania na cudowną jesień, która zbliża się do nas niezbyt dużymi krokami.